Google+ Followers

niedziela, 29 września 2013

Delikatnie zakoralikowana i zakolczykowana niedziela...

Cóż. Jednak ostatni tydzień dał mi w kość... Dzisiaj tylko dokańczałam kolczyki... Opakowałam je sobie w woreczki do zdjęć, bo nie mam już siły kombinować ze zdjęciami....- a jutro do pracy... Mimo zmęczenia, co całym tygodniu "biegania" do pracy, orki domowej i wieczornych zakręceń twórczych, nie usiedziałam spokojnie... A teraz troszkę kolczyków....


 I nieśmiertelne ukochane listeczki, tym razem kolczyki i zawieszka.
I tyle na dziś... obiecałam sobie jeszcze odprasować i przygotować do zdjęć serwetę z kiedyś tam, kiedy haftowałam..... z haftem kolorowym cieniowanym...ale dzisiaj już chyba raczej nic z tego nie wyjdzie.... Styropianowe bombki też już się niecierpliwią... Ale na razie biorę książkę i idę poleżeć, poczytać i spać... Pobudka o 5.25......Jak sfotografuję i odgrzebię resztę zdjęć, bądź tworów - będzie ciąg dalszy z cyklu "twory z lat wielu"...Na razie dobranoc...

sobota, 28 września 2013

Jesień, a mi zakwitło....

Ostatnie wieczory poświęciłam na "gryzienie" rosyjskich schematów, tłumaczenia i plecenie. Po woli wyrastała mi z tego orchidea. Kilka własnych modyfikacji i wreszcie urosła. Przedwczoraj. Do wczoraj, dopóki nie miała premiery "na żywo", nie wiedziałam do czego ją użyję. W ostateczności została broszką. Doszyłam zapięcie, ciut je schowałam pod oczywiście koralikami  i gotowe. Oto ona:



A tak sobie rosła ....




A, że w Kreatywnym Kufrze kolejne wyzwanie tematyczne pt. "Japonia", pomyślałam, że w końcu Japonia-to kwiaty, więc go zgłoszę do wyzwania.I tak zrobiłam. I to by było na razie na tyle. Idę się dalej zakoralikować i być może już ciut zabombkować.

niedziela, 22 września 2013

Nocne marki przy pełni księżyca....czyli .....nowy naszyjnik...

Ciężki tydzień, masę rzeczy do załatwienia, wyjazdy do domu dokończyć sprawy z podłączaniem wody...Przed powrotem do pracy też kilka rzeczy trzeba było zrobić... Giełda minerałów od wczoraj, więc jak weszłam do raju to wyjść przez te dwa dni ciężko było. Buszowałyśmy z młodą, że hej. Efektem jest duużo lżejszy portfel i cuda do zrobienia. A tu mi się męczył w oczekiwaniach na skończenie kolejny naszyjnik.... i sfiniszowałam go dzisiaj nad ranem.... Spać nie mogłam (jak zwykle zresztą) i oto uwieńczenie nocnych marek przy pełni księżyca. Szkło weneckie, nieodłączne Toho, perełki... Robiony na konkurs w http://beadbeauty.pl/ . Mam nadzieję, że się zakwalifikuję, bo konkurencja ostra. Zdjęcie już wysłałam....




wtorek, 17 września 2013

Sukienka dla małej księżniczki i poduchy...

 Pędząc koronkowo uszyłam kilka lat temu sukienkę dla mojej córci - na chrzciny. Wzór kwiatów - z pisma - jakiegoś chyba Coricamo... Teraz nie pamiętam.Gazetka leży na strychu w domu, bo tu nie mam gdzie przechowywać wszystkich swoich skarbów. Wzór frywolitki na czapeczce - oczywiście wg. mistrza Stawasza. A wykończenie sukienki z tej oto baaardzo starej książki....

I moja gwiazda:

 
I poduchy się mi wtedy z rozmachu szyły. Jedna, ta z haftem irlandzkim - to była moja na obrączki-ta jest starannie przechowywana z kieckowym kompletem. Na pozostałych dwóch serduchach po dziś dzień śpi księżniczka...hehe...Było więcej, ale poduchy "wyszły" i zdjęcia  też....
I co by  nie przynudzać. To by było na tyle w tym odcinku.

Moje tym razem (nie)skromne twory z lat wielu.

Obiecałam? Obiecałam- przeglądnęłam moje zasoby zdjęciowe z dorobku. Z góry przepraszam, jeśli niektóre zdjęcia będą niezbyt wyraźne. Na pierwszy rzut - pierwszy mój twór. Z pleksi. Takie sobie serducho - kasetka. Mam go po dziś dzień. Taka relikwia twórczości własnej. A poza tym - obiecałam pokazać - przynajmniej co niektórym swoje miejsce w świecie rękodzielników. A, że nie rzucam słów na wiatr...No to zaczynamy.
 Na początek kasetka. Miałam 10 lat.... eh wspomnienia. Od dziś będzie trochę sentymentów własnych. Jak trzeba, to trzeba - proszę bardzo.


 A teraz bardziej komercyjnie będzie - oto katalog rękodzielników, w którym jestem. Zostałam do niego zaproszona już jakiś czas temu-jak widać data wydania jest z czasów, gdzie bardziej liczyło się to, co pokazuje się na żywo, niż w necie, ale po dziś dzień dzwonią do mnie przedstawiciele różnorakich wystaw i przedsięwzięć związanych z prezentacją rękodzieła. Ponieważ był to okres u mnie intensywnie koronkowy i haftowany, a tylko kilka zdjęć można było umieścić - nie ma tego zbyt dużo, jednak zapewniam, że do prezentacji trzeba było trochę tego "urobku" mieć....



 
A oto - ja i kilka moich ówczesnych prac...

A teraz mniej skromnie - jedne z pierwszych moich frywolitek....
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
I ukochane klocki.... i pierwsze jajca z quilingiem...
 
 
 
 
  
 I na dzisiaj - tyle. Ciąg dalszy nastąpi. Obiecuję.

piątek, 13 września 2013

Zaściankowaty protekcjonalizm .... internetowych kółek wzajemnej adoracji...

Tajemniczo brzmi.... No cóż trudno. Nadszedł czas na krytykę i będę dzisiaj baardzo krytyczna  dlaczego? - dlatego, że ja jestem na etapie gdy już "mogę", a nie "muszę". Czasami chcę, a czasami nie. I dlatego. I nie znoszę hipokryzji. Szczególnie, ukrytej. Pod przykrywką. Nie chodzi mi o odrzucenie.. Co to, to nie - moje prace mogą się jednym podobać, a innym nie. Każdy ma prawo do swojego zdania. Co innego, gdy się ocenia człowieka i jego dorobek po kilku zaledwie pracach. Nie po całości. Moje podejście do rękodzieła brzmi wg. dewizy - "żeby robić, to co się lubi trzeba najpierw na to zarobić pieniądze." Jak można kogoś oceniać w technice, o której z całym szacunkiem nie ma się zielonego pojęcia? Perspektywa kilku opublikowanych zdjęć i prac też nie jest dla mnie kryterium. Z całym szacunkiem ja bym się nie podjęła. Dlaczego mam wysokie mniemanie o sobie i swojej pracy? Bo zajmuję się tym od około 30-tu lat. Nikt oceniając mnie nie zwrócił się do mnie o prezentację dorobku... dla mnie czysta hipokryzja... Nigdzie w całym regulaminie nie ma podane, że należałoby jakiś całokształt przesłać. Więcej zdjęć, pomysłów - proszę bardzo - mam kilka płyt CD-R... Nie ma ich na blogu... No nie ma - bo ja w necie zaczynałam od portalu "kaan". Starsze rękodzielniczki znają ten portal. Niestety zamknięto go ładnych parę lat temu. Śmiem przypuszczać, że większość szanownego grona oceniających nawet nie wie co to było.Patrząc na statystyki na pewno kilka oceniających mnie osób to będzie czytać. Trudno. Niech czytają. O co chodzi - oceniający będą wiedzieć. Reszta nie musi. Szlag - dosłownie- mi trafił masę zdjęć z dorobku. A ja po prostu pracuję zawodowo, mam normalny dom i nie mam czasu bawić się w pokazywanie - ...ooo zrobiłam kolczyk - pstryk i na net - i trzeba się chwalić i trzeba krzyczeć - głosujcie na mnie- będzie nagroda z tego co zrobiłam do szuflady...bo mi nikt nie chciał kupić, a się już nie mieści..Wiecie moi drodzy, dlaczego nie biorę udziału w wyróżnieniach- miłe są ale dziękuję - ja nie mam czasu... Naprawdę.. Nie organizuję candy - bo do mnie przychodzą do domu i jeśli nawet coś mi chwilkę zalega - to na prawdę chwilkę...i "tajemniczo" znika..i odlatuje... do Anglii, Niemiec, Włoch...Rok temu nawet poleciało do Japonii.... Miło... Tylko ja się nie chwale publicznie. Nie biję piany z byle czego. Dopiero parę razy zgłosiłam się do jednego czy tam dwóch konkursów - do jednego - bo zostałam zaproszona - tylko nim zrobiłam zdjęcia - to brakło mi czasu żeby mnie podlajkowali heheh....A innym razem - sama przyznaje - kiepskie zdjęcia były i była to robota na szybko - bardziej, żeby pokazać - "też umiem", a nie "spodziewam się nagrody." Nagrodą było dla mnie samo zakwalifikowanie. Fakt oceniali w życiu mnie troszkę więksi "sędziowie" i bardziej poważane grono, niż tym razem, ale wkurzyło mnie nie odrzucenie, tylko sposób, że się tak wyrażę "wykonania". Nie chodzi o laury, czy prestiż, tylko widzę, że w necie powstawać zaczynają "kółka wzajemnej adoracji" szumnie zwane handmade cośtam cośtam. Czy mają na celu zwiększenie docelowe zbytu produktów - no raczej tak, bo w Polsce to to leży i płacze rzewnymi łzami. Coś na ten temat wiem - prowadziłam kiedyś galerię.. Tak, tak - szokujące było dla mnie ocenianie się twórczyń... patrząc na rynek w Polsce. Nie było do czego marży dorzucić, żeby móc to sprzedać, a na żywo jakość wykonania - momentami żałosna. Szybko ją z mężem zamknęłam. Teraz robię dla siebie i dla przyjemności. Prowadziłam też kursy frywolitek, uczyłam dziewczyny haftu itp itd.Nie robiłam nigdy z tego zdjęć, nie biłam piany na necie, co to ja nie zrobiłam. Wystarczy mi, że moje uczennice się nauczyły i robią piękne rzeczy.  Nie podejmuję się na razie kursów, mimo,że dostałam takie propozycje, by je prowadzić- brak lokalu, organizacji, czasu. Może wrócę, do tego, myślę o tym. Zobaczymy. Jak się pochwalę w necie - to może łaskawszym okiem będzie ktoś na mnie patrzył.... Ale obiecałam słowa krytyki. Skąd one są... A bo trochę mojego życiorysu się tu należy. To, że ktoś nie wachluje w necie zdjęciami co 5 minut, gdy coś zrobi - nie znaczy, że nie ma pomysłów, że nie wykonuje, czegoś, czy się na tym nie zna. Nie znaczy też, że go granatem od pługa oderwano. Fajnie być krytykiem - my Polacy najlepiej to potrafimy. Bałwochwalsto, bez cienia samokrytyki -też. Co innego, gdy się ma pojęcie o sobie, ma się kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt dowodów, że nie jest się całkiem do niczego, a ktoś inny próbuje na podstawie bardzo wąskiego zakresu ocenić, że jesteś jednym słowem do d....y. .. Dlatego pozwolę sobie. Może będę linczowana - bo przecież nie wolno tak... No bo jak to tak - my mamy swoje kółko, a ta że się nie dostała - to pluje jadem... Tak, tak, psychologiem trochę też jestem.... Taki zawód oprócz tego, że jestem informatykiem, z zamiłowania też grafikiem i projektantem. Nie tylko biżuterii... Wiem, że na pewno przeczytają to osoby, które mnie oceniały. Więc proszę, nim coś zaczniecie robić w sposób taki, jak to robicie, to po pierwsze - oceńcie rzetelnie, nie na podstawie tylko kilku publikacji. Potwierdzajcie, że otrzymaliście zgłoszenie - to jedno klinięcie myszką...Poproście, lub zapytajcie, czy czasem ktoś nie ma więcej i jak długo coś robi. Bo może jednak się okazać, że zrobicie przykrość komuś, kto ma troszkę więcej do pokazania, niż tylko to co publikuje tylko od roku, na jednym blogu i dopiero zaczyna pokazywać się ciut więcej. Mniejsza o to. A teraz dlaczego tak: rękodziełem zajmuję się od około 30-tu lat. Zaczęłam od haftu, gdy byłam mniej więcej w wieku mojej córki. Ona ma teraz 8 lat. Heh, czyli przyznałam się publicznie do swojego wieku i jak widać podlotkiem nie jestem. Nie szkodzi. Chcę tylko pokazać, że nie zawsze jest tak, jak widać na pierwszy rzut oka. Najpierw było szydełko i kiecki dla lalek. Potem druty. Ło matko,jak ja sobie przypomnę ile swetrów zrobiłam...No niestety - nie było wtedy aparatów cyfrowych i neta heheheh. Grunt, że się mamie sprzedały. Zahaczyłam też o maszyny dziewiarskie i to tak, że dawno temu na kółku robótkowym w szkole uczyłam przekładek na wzory swoją nauczycielkę. Maszyny do szycia też nie są mi obce. Nawet wyprawianie skór i szycie tapicerki. Cóż moja mama z wykształcenia jest rymarzem galanterii skórzanej. Całe życie to robiła, a ja przy niej. Podpatrywałam, próbowałam i też robiłam. Zawsze kilka groszy do kieszonkowego doleciało. Tym bardziej, że klientkom mamy się podobało. No cóż, nie byłam, jak dzisiejsze twórczynie - nie każdy "pstryka" kilka połączeń kółeczek i nie krzyczy o tym głośno. A jak widać - trzeba.  Mój tato nauczył mnie rzeźbić i wręcz obróbki skrawaniem i obróbki pleksiglasu (mam po dziś dzień pierwszą swoją szkatułke z czerwonej pleksi, którą zrobiłam w wieku 10-ciu lat z serduszkami z bursztynu, które przywiozłam znad morza, a które były kiedyś kolczykami, tylko się ciut rozleciały i je przerobiłam). Obiecuję - zrobię jej zdjęcie i wstawię- razem z resztą dorobku. Będzie to teraz sukcesywnie - bo i tak mam na "warsztacie" kolekcję już bożonarodzeniową - to ją dorzucę ciut później. O zapędach stolarskich nie wspomnę, a frezarka, czy szlifierka nie jest mi obca. Od młodego pisklaka szyję, projektuję, maluję - przeważnie dla siebie i dla bliskich. Chociaż był czas, że było szersze grono odbiorców, przy mamie,gdy miałam czas.... Chyba nie było to takie bez wymagań, skoro moja plastyczka lamentowała i rozpaczała, że nie poszłam do plastyka, mimo obiecującego port-folio? No cóż - nie mam zdjęć. Teczki dawno gdzieś przy przeprowadzkach przepadły. A dlaczego tak się złożyło? Bo to były inne czasy i dzieci niestety musiały słuchać rodziców i robić, co każą. Hasło: "plastyk, to nie zawód"-do dziś mi dźwięczy w uszach. Jak mi pokazali, jak się przyszywa guziki-zaczął się haft - a to już sprawka nie żyjącej cioci. Było richelieu i trochę haftu cieniowanego. Dlaczego richelieu i mereżki i ażurki?  Bo tylko białe muliny można było jakoś bardziej dostać w latach 80-tych i wczesnych 90-tych. Nie było pasmanterii internetowych. Tak jakoś - jak to piszę - czuję się jak dinozaur... Hahaha.. Ale chyba trzeba wyjaśnić kilku zadufanym, że nie jestem granatem od pługa oderwana. Praktycznie do 3-go roku studiów przypasował mi haft. Gdy w podzięce za naukę frywolitek zrobiłam koleżance serwetkę z ażurkiem wysnuwanym ( a było to jakieś 14-naście lat temu.....) jej mama (która nota bene robi cuda, ale nie pokazuje ich w necie i z całym szacunkiem wiele ważnych rękodzielniczek nie dorasta tej starszej pani do pięt) zbeształa mnie okropnie. Kazała sobie pokazać resztę. I od tej pory jestem uczestnikiem corocznych wystaw rękodzieła artystycznego w Sanoku pod patronatem gminy Sanok i Tyrawa Wołoska. Zjeżdża się tam 2 razy do roku multum ludzi. I jakoś się podoba i jest rozchwytywane od prawie 14-tu lat...Figuruję też w katalogu rękodzielników. Na dowód - zrobię skan i go upublicznię. Nie będę skanować dyplomów z wystaw - nie chce mi się jechać 80 km do domu i wyciągać z tylu lat ze strychy, gdzie mam swoje rzeczy i projekty. Nie potrzebuję niczego udowadniać. Jak ktoś chce koniecznie-niech przyjedzie na najbliższą Wystawę Bożonarodzeniową. Zapraszam w imieniu organizatora i własnym. A może ktoś zechce się wystawić? Też może - też będzie krytyka - bardzo rzeczowa - zwiedzających....i zaproszonych vipów. Po przeprowadzce do Rzeszowa nie zdążyłam na jedną z wystaw - dostałam po uszach. Ja się nie pchałam, nie krzyczałam - weźcie mnie, nie skamlałam- lajkujcie, głosujcie na nie - dam za to coś co mi zalega w szufladzie.A i takie rzeczy widzę na necie. Dla mnie to jest co najmniej żenujące. Zaproszono mnie i jestem po dziś dzień. Kilka lat temu (dobre kilka lat temu) zrobiłam pierwsze frywolitki z koralikami. Pierwsze chyba w Polsce. Bo jakoś tak nie widziałam, wzorowałam się na Włoskich occhi...albo chiacchierino jak kto woli. Zabrała je koleżanka na targi do Poznania. Jechała ze swoim stowarzyszeniem. Ja po pierwsze nie należę do żadnego. Poproszono mnie, żeby je pokazać, to dałam. Po drugie miałam wtedy niemowlaka w domu. Własnego. Moją córcię. Zainteresował się nimi Pan Jan Stawasz. Niestety koleżanka wykonuje całkowicie inny rodzaj działalności. Ja nie mogłam jechać z wiadomych powodów. Nie umiała powiedzieć jak to jest zrobione. No i za moment zobaczyłam publikację w jednej z gazet...Że pierwsze frywolitki z koralikami. Trudno stało się. Nie biję o to piany. Nie mam pretensji. Miał kontakty, dla fachowca- a za takiego go w tej dziedzinie uważam-nic trudnego. Sama korzystałam z wielkim szacunkiem z jego projektów i wzorów. Są niepowtarzalne i piękne. Zresztą mam własnoręcznie wykonaną serwetę 60x60 wg jego cudownego wzoru. Pokazuję ją na wystawie i corocznie wzbudza zachwyt. A jeśli ktoś próbuje oceniać - niech spróbuje zaprojektować frywolitkę. Albo zrobić coś mistrza Stawasza - bo za takiego go uważam i jego wzory. Moje projekty z frywolitek są jeszcze małe i skromne przy jego cudach. A, jak mi się dzisiaj ulewa - trudno - teraz będzie do jednej z moderatorek forum na którym czasem cosik pokazuję - kochanie - na Twoje uwagi nie biłam piany-bo zależy mi zostać na forum. Jestem nowa, nie chcę podskakiwać. Ale dzisiaj będę złośliwa - pisze to na swoim blogu i mi wolno - ankars - to jest rosyjska nazwa połączenia koronki frywolitkowej z koralikami. Nie ma innego odnośnika, tak jak nie ma dla nazwy angielskiej - tatting, czy włoskiej. Trochę pokory by się czasem moderatorom przydało. I oczytania literatury. Bycie moderatorem nie upoważnia do pokazywania światu, że się zjadło wszystkie rozumy. Jest się tylkow danej dziedzinie troszkę bardziej zaawansowanym. Co nie oznacza, że inni się nie uczą, nie czytają. Nie odezwą się ze strachu, że ich się usunie z forum. Bo polskie rękodzieło jest zaściankowe trochę i jeśli ktoś nie mieszka w centrum kraju, to się będzie bał, że nie zaistnieje. Bo będzie mu trudniej, bo nie ma dostępu do technik, materiałów, czy nawet chociażby narzędzi i musi je sprowadzać. Ja istnieję, mam dostęp do wielu rzeczy. Ja czytam. Ciągle się uczę i doskonalę warsztat. Nie tylko po polsku. Po rosyjsku, angielsku, niemiecku i trochę po włosku też. Nie stanowi to dla mnie problemu. Mam też jedną z pierwszych książkę o rękodzielnictwie DMC z bodajże 1800 któregoś roku. Dostałam ją od jednej starszej Pani w podziękowaniu za swoje projekty. Książki o tej tematyce, czyli jak zrobić bombki w połączeniu frywolitki z koralikami też posiadam. Przywoziła mi je z Niemiec przyjaciółka. Na portalu "centrum rękodzieła" gdzie zaczęłam od niedawna się pokazywać (do którego zostałam zaproszona) kilka osób zauważyło, że prezentuję kilka technik. Jakoś moje "ręczne dzieła" się podobają.... Co do techniki decoupage - nie robię tego długo, ale chyba mi wychodzi, skoro po wystawie, żeby mieć w domu "coś na choince" kończę dla siebie czasem w pierwszy dzień świąt... Albo dosycha.... w trakcie świąt..... No cóż nie musi się każdemu podobać. Dla mnie wystarczającą oceną są osoby, które dzwonią i pytają "czy Pani będzie ze swoimi wyrobami?" i wszelakie zaproszenia na targi i jarmarki. Jak już wspominałam - od pewnego czasu nie jeżdżę - zbyt dużo mam zajęć, ale miłe jest że kilka razy w roku jestem zapraszana. Mimo odmów odkąd moja mała skończyła 4 lata. Bo wcześniej jeszcze bywałam jako wystawca. W międzyczasie nauczyłam się koronki klockowej  mojej miłości ..niespełnionej - brak czasu na porządne przysiadnięcie - jednakże wałek i klocki przyjechały do Rzeszowa i są. I zrobiłam jak na razie tylko broszkę - to ona jest na zdjęciu profilowym. Ale usiądę do nich niedługo w przerwach pomiędzy koralikami - bo zawładnęły troszkę mną. Dzięki koleżankom z nie - polskich portali mam masę książek i się uczę - nie robię jeszcze tutoriali - bo doba ma tylko 24 godziny. Ale zrobię. A bo tak. Jeszcze trochę .Wracając do techniki decoupage. Piękna rzecz, szkoda tylko, że co niektórzy bardzo nie fair podchodzą do tematu. Jest wiele wzorów - darmowych. Inspiracji. Nie raz widziałam, że ktoś coś sobie przypisuje, ale jest to wzorowane na dużo wcześniejszych publikacjach  - tylko nie wszyscy jak coś zrobią - od razu krzyczą - to moje - nie rusz. Ja tak zestawiłam. Ja tak zrobiłam. Bo kto pierwszy krzyknie, wrzuci tekst o prawie autorskim - jest lepszy - reszta ma pozamiatane. Ale co do prawa autorskiego proponuję też troszkę poczytać. Z prawnej strony to ciut inaczej wygląda,niż czasem szanowne panie wypisują i bluzgają. Skąd to wiem - bo może się na tym znam troszkę więcej niż przeciętny zjadacz chleba. Ps. w międzyczasie - dziewczyny od decoupage - nie kupujcie papierów do deco wykonanych prawdopodobnie w corelu z darmowych wzorów. Możecie je zrobić same. Zapytacie jak? Prosto. A wzory - mam zrobione od 3-ch lat - sama je zestawiłam w corelu i były na muliply dla przyjaciół do wzięcia.A papier - oto przepis z jednego z forum. Nie zdradzę z jakiego, bo mnie te, co to sprzedają zlinczują do reszty. Polecam drukarkę (jeśli nie macie wejścia do drukarni na offset lub laser kolorowy) HP 2060 z oryginalnymi tuszami HP. Do papieru gramatura 80 przyklejacie na końcach (krótszych) taśmą samoprzylepną papier śniadaniowy najlepiej taki ciut lepszy. Można też tak przykleić papier ryżowy. I drukujecie. Fakt - trudniej się to robi, bo tusz - to tusz, może się rozmazać trochę. Nie należy tego moczyć jak przy papierze klasycznie drukowanym na specjalistycznym sprzęcie. Zawsze wystarczy np. klej renesansu - rozcieńczyć wodą (wystarczy mokry pędzel) i posmarować najpierw powierzchnię, do której będziecie przyklejać, a potem to przykleić. Wygładzić - ja to robię palcem z klejem. Nie ma lepszych narzędzi niż ludzkie ręce. Trzeba chwilkę poczekać, żeby wyschło. Potem można poprawić, żeby wyrównać powierzchnię. Wychodzi na prawdę ładnie. Co do technik pergamano, w której też dostałam kosza. Heh,no cóż - a może by tak najpierw spróbować? A potem oceniać. Zaczynałam pierwsze rzeczy jeszcze na portalu kaan. Wtedy też zaczynały się narodziny pergamano w Polsce w ogóle. Wszystko dzięki właścicielce sklepu "enitan". Że tak powiem starsze rękodzielniczki częściowo przeniesione tak jak ja na ipernity pamiętają tamte czasy. Gdy narzędzie robiłyśmy ze skuwek z długopisów i mazaków... Ze zwykłych igieł. Nim kochana Ania podjęła się tematu. Ale portal nam zamknęli. I szlag trafił masę zdjęć z dorobku...I z wygranych konkursów. Przenosiny...no cóż mam trochę zachowanych na płytach rzeczy... Wielu już po prostu nie ma - mają innych właścicieli...niekoniecznie w naszym kraju. Idzie mi to po woli - bo ja nie siedzę jak wiele z blogowiczek i forumowiczek na tyłku. Ja pracuję... Po kilkanaście godzin dziennie. Dzięki temu blogowi chciałam troszkę siebie pokazać. Bo do sztuki mnie ciągnie. Mimo, że w życiu robię zupełnie co innego...Tak mi wyszło. Nie chwalę się wieloma rzeczami. Moje bombki decoupage pojechały w ubiegłym roku na Ukrainę. Kilka zawisło w Urzędach: Marszałkowskim, Wojewódzkim.... Jako oficjalne prezenty. Od kogo dla kogo - mało ważne. Nie mam ochoty publicznie o tym krzyczeć. Piszę teraz, bo muszę się po spoliczkowaniu przez kilka osób podbudować psychicznie. Wolno mi. Nikogo tym nie obrażam. Nie proszę o poczytność, czy klaskanie. Muszę się trochę wyżalić. Na razie jestem jeszcze na etapie: "żeby robić to co się lubi - trzeba najpierw na to zarobić pieniądze." Ale na szczęście - moje szczęście - jestem na etapie, gdy już wiele rzeczy mogę, a nie muszę. Niedługo razem z kilkoma osobami będę coś realizować. Nie jakieś tam kółko wzajemnej adoracji. Jestem informatykiem, grafikiem, sama sobie managerem. Od wielu lat. I z powodzeniem. Od niedawna fotografem - to dzięki Pani Izie z Kadoro. Dzięki wielkie za dobre słowo. Mam nadzieję, że moje zamierzenia wypalą z hukiem. Jak ostatnio napisała na FB mojej kuzynki córka - wzięta modelka, redaktorka naczelna "Imperium Kobiet" (nota bene polecam gazetę - świetna).
  "Niegdyś uważałam, że cokolwiek jest lepsze niż nic. Dziś wiem, że czasem nic bywa lepsze niż cokolwiek" - tak to moje doświadczenie zamierzam potraktować. Ponieważ w mojej głowie od dawna się koleboce jeden pomysł żeby moje pasje były w pełni moim życiem i dały radość nie tylko mnie, jak również pomogły osobom, które tak ja - kochają to co robią, w przekształceniu tego na dochodową pełnoetatową satysfakcjonującą pracę, mam nadzieję, że uda mi się to zrealizować. Bo nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem pewne rzeczy dojrzewają w człowieku późno, ale jak brzmi moje motto na tym blogu - "w życiu jest coś więcej do zrobienia niż tylko zwiększać jego tempo". Wyżaliłam się tym sposobem ilościowo na miarę artykułu. Pojechałam po bandzie... jakby powiedzieli u mnie w pracy. A może mi jeszcze powiedzą - bo wiem, że to czytają i oglądają. Ale mi lżej. Dziękuję, że jesteście. Że dołączacie się do mojego bloga. Dziękuję za wszystkie plusy i komentarze. I dziękuję, że Wam się podoba, co robię. To daję mi siłę i motywację i chęć do dalszych pomysłów. Cóż -psycholog (na prawdę - bez jaj - byłam opiniowana do pracy) napisał mi że jestem wielką indywidualistką. Może jednak coś w tym jest. Idę dalej uprawiać mój mały świat - w międzyczasie jak obiecałam - porządkuję CD-R ze zdjęciami... Ale najpierw śniadanie dla rodziny, bo te żale uprawiam dzisiaj od 5-te rano, a słyszę, że powstawali. Miłego weekendu. Potem trochę archiwum będzie.

sobota, 7 września 2013

dzwoneczek - tym razem frywolitkowy.

Bardzo, bardzo mnie cieszy, że Wam się podobały kursiki z pergamano. Jak ostatnio obiecałam - oto kolejny dzwoneczek - tym razem jest to schemat na frywolitkę. Kiedyś kupiłam dzwonki styropianowe i tak mnie jakoś naszło - żeby wykorzystać taki dzwonek jako formę dla frywolitki. I tak oto powstał wzór, a potem schemat. Dzwonek jest dosyć duży - forma styropianowa ma wysokość 9 cm. Składa się z 3-ch części. Mam nadzieję, że dla frywolitkujących - schemat jest zrozumiały.
Oto dzwoneczek.
A tu schemacik:
No to miłego frywolitkowania. Niedługo kolejne coś...